Monte Cassino. Zwycięstwo, które było klęską

Share

18 maja 1944 roku, o świcie, na ruinach zbombardowanego klasztoru benedyktynów na szczycie wzgórza Monte Cassino załopotała biało-czerwona flaga i proporzec 12. Pułku Ułanów Podolskich. Żołnierze generała Władysława Andersa dokonali tego, czego nie potrafiły dokonać przed nimi cztery armie alianckie. Przełamali Linię Gustawa. Otworzyli drogę na Rzym.

Generał Harold Alexander, późniejszy marszałek British Army, powiedział wówczas: „Jeżeliby mi dano do wyboru między którymkolwiek żołnierzami, wybrałbym Was, Polaków.”

Kilka tygodni wcześniej alianci zdecydowali się zbombardować jeden z najstarszych klasztorów w Europie. Nikt nie sprawdził czy Niemcy rzeczywiście go zajęli. A żołnierze, którzy szturmowali wzgórze pod polską flagą, walczyli o Polskę, która już przestała istnieć w kształcie, jaki pamiętali.

To jest ta historia.

Klasztor, którego nie trzeba było niszczyć

Opactwo benedyktyńskie na Monte Cassino istniało od 529 roku. Założył je sam Benedykt z Nursji, twórca reguły zakonnej, która ukształtowała europejskie chrześcijaństwo. Przez czternaście wieków klasztor był niszczony i odbudowywany, przez Longobardów, Saracenów, trzęsienia ziemi. Zawsze powstawał z gruzów. Do 1944 roku.

Alianci utknęli u podnóża wzgórza. Linia Gustawa, najsilniejsza linia obrony niemieckiej we Włoszech, nie chciała się poddać. Generał Mark Clark, dowódca 5. Armii Amerykańskiej, powie później, że bitwa o Cassino była „najbardziej wyczerpującą, najbardziej przerażającą i w jednym aspekcie najtragiczniejszą spośród wszystkich faz wojny we Włoszech.”

W tej atmosferze frustracji i bezsilności zrodził się pomysł zbombardowania klasztoru. Alianci zakładali, że Niemcy używają go jako punktu obserwacyjnego i stanowiska fortyfikacyjnego. Założenie to było błędne.

Brat Martino Matronola, jeden z dwóch mnichów, którzy pozostali w opactwie do ostatnich chwil przed bombardowaniem, wielokrotnie powtarzał: Wehrmacht nie stacjonował wewnątrz murów klasztoru. Niemcy przestrzegali strefy buforowej i trzymali się poza obrębem opactwa. Mnich próbował to przekazać aliantom. Nikt go nie słuchał.

15 lutego 1944 roku setki bombowców B-17, B-25 i B-26 zamieniły piętnastowieczne mury w gruzy. Zginęło co najmniej 115 włoskich cywilów ukrytych w piwnicach. Niemcy nie ponieśli żadnych strat, bo nie było ich w środku.

Był to jeden z największych błędów operacyjnych kampanii włoskiej.

Gruz zamienił się w twierdzę

Decyzja o bombardowaniu nie tylko nie pomogła, ale wyrządziła aktywną szkodę. Po zniszczeniu klasztoru Niemcy wkroczyli w ruiny i zbudowali z nich prawdziwą fortecę. Grube, rozerwane mury średniowiecznego opactwa okazały się idealnym materiałem obronnym. Każdy odłamek kamienia dawał osłonę. Każda rozwalona kolumna była stanowiskiem ogniowym.

Kolejne szturmy alianckie rozbijały się o gruz, który sami stworzyli. Straty były ogromne. Indie, Nowa Zelandia, Wielka Brytania, Francja, wszystkie kolejno próbowały i wszystkie kolejno cofały się z krwawymi stratami.

Dopiero w maju 1944 roku zadanie powierzono 2. Korpusowi Polskiemu.

Anders wiedział, co robi. Jego żołnierze też wiedzieli.

Generał Władysław Anders, dowódca 2. Korpusu, miał świadomość, że szturm na Monte Cassino będzie kosztować Polaków nieproporcjonalnie dużo krwi. Podobno na dzień przed atakiem spędził noc bez snu. Przed bitwą powiedział do żołnierzy:

„Idzie nam o to, żeby Polska nie była tratowana, lecz z nami się liczono. Musimy to Monte Cassino zdobyć.”

Żołnierze ruszyli. W pierwszym ataku, 11–12 maja, polskie oddziały dotarły na wzgórze, ale zostały zmuszone do odwrotu. Straty były ogromne. W ciągu jednej nocy 2. Korpus stracił więcej ludzi niż niejedna armia podczas tygodniowych działań.

12 maja Anders rozważał wycofanie się z walki. Zdecydował inaczej. Poprosił o uzupełnienie strat i zgodę na kolejny szturm.

18 maja, o świcie, Polacy weszli w ruiny klasztoru. Niemcy wycofali się w nocy.

W całej kampanii o Monte Cassino Polska straciła 923 zabitych i ponad 2 800 rannych. Na cmentarzu wojennym pod klasztorem leży dziś 1 072 polskich żołnierzy. Wśród nich sam generał Anders, który zgodnie z ostatnią wolą spoczął pośród swoich żołnierzy.

Kim byli ci ludzie? Skąd przyjechali na tę wojnę?

Tu zaczyna się część tej historii, o której świat woli nie pamiętać.

Większość żołnierzy 2. Korpusu Polskiego nie trafiła pod Monte Cassino z ochotniczego zaciągu w Londynie czy Paryżu. Ich droga do Włoch zaczęła się w sowieckich łagrach.

We wrześniu 1939 roku Związek Sowiecki zajął wschodnie tereny Polski, tak zwane Kresy Wschodnie, Lwów, Wilno, Grodno, Brześć, Tarnopol, ziemie zamieszkałe przez miliony Polaków od pokoleń. Polska inteligencja, oficerowie, nauczyciele, urzędnicy, rolnicy, wszyscy trafili do łagrów na Syberii, w Kazachstanie, w głąb Rosji.

W 1941 roku, gdy Hitler zaatakował Stalina, Sowieci nagle potrzebowali polskich żołnirzy. Z łagrów wypuszczono dziesiątki tysięcy Polaków i ich rodziny. Generał Anders zebrał tę armię, dosłownie z martwych, z kości i skóry, z ludzi, którzy stracili w sowieckich obozach zdrowie, krewnych i domy. Poprowadził ich przez Iran, Irak, Egipt, aż do Włoch.

Kiedy szturmowali Monte Cassino, większość z nich walczyła z myślą o jednym: wrócimy do domu.

Dom dla żołnierza z Kresów oznaczał Lwów, Wilno, Grodno, Stanisławów. Oznaczał Polskę, którą pamiętali.

Teheran. Jałta. Wyrok wydany z dala od pola bitwy.

Teheranie

28 listopada 1943 roku i pozniej w lutym 1945 roku, gdy 2. Korpus Polski walczył już pod Ankoną i szykował się do zdobycia Bolonii, Roosevelt, Churchill i Stalin spotkali się na konferencjach w Teheranie i Jałcie.

Tam, przy stołach nakrytych do kolacji, alianci zachodni oddali Stalinowi wschodnie tereny Polski. Lwów, Wilno, Grodno, wszystkie ziemie, o które walczyli żołnierze Andersa, zostały włączone do Związku Sowieckiego. W zamian Polska miała dostać ziemie poniemieckie na zachodzie.

Nikt nie zapytał Polaków o zdanie. Nikt nie poinformował żołnierzy walczących we Włoszech.

Gdy wiadomość dotarła do 2. Korpusu, w szeregach zapanowało coś, dla czego nie ma dobrego słowa w żadnym języku. Nie bunt, nie płacz. Głuche, ciężkie milczenie.

Żołnierz z Tarnopola dowiedział się, że jego dom jest teraz w Związku Sowieckim. Żołnierz z Wilna, że jego miasto jest teraz sowiecką Litwą. Żołnierz z Grodna, że do swojego domu nie wróci nigdy.

Walczyli o wolną Polskę. Zdobyli Monte Cassino. Otworzyli drogę na Rzym. A alianci, przy tym samym stole, przy którym planowali te bitwy, oddali ich domy Stalinowi.

Co się z nimi stało po wojnie?

Podziw generała Alexandra nie zamienił się w obywatelstwo, emeryturę ani dom.

Na uroczystym pochodzie zwycięstwa w Londynie w 1946 roku Polacy nie zostali zaproszeni. Rząd brytyjski obawiał się reakcji Stalina. Żołnierze, którzy walczyli pod Monte Cassino, Ankoną i Bolonią, stali na ulicy i oglądali defiladę przez okno, jako cywile.

Generał Stanisław Maczek, jeden z najwybitniejszych dowódców pancernych II wojny, pracował jako barman w Edynburgu. Umarł w biedzie w 1994 roku. Generał Sosabowski, obarczony winą za niepowodzenie Market Garden, stracił wszystkie brytyjskie świadczenia i umarł na zawał serca.

Żołnierze, którzy postanowili wrócić do Polski, wpadali w ręce komunistycznej bezpieki. Ci, którzy chcieli wrócić na Kresy, do swoich rodzinnych domów, często trafiali do sowieckich łagrów po raz drugi. W 1951 roku NKWD przeprowadziło masowe aresztowania weteranów Armii Andersa na terenach dzisiejszej Litwy i Białorusi. Wywieziono ich do obwodu irkuckiego. Dla wielu była to druga wywózka na Sybir.

Na cmentarzu pod Monte Cassino jest napis, który kazał wyryć sam Anders:

„Przechodniu, powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni jej służbie.”

Polska, której służyli, juz nie istniała… rodzinnych domów, za które umierali już nie bylo…

Co zostało?

Zostały groby. Zostały ruiny klasztoru, odbudowanego przez Włochów po wojnie, kamień po kamieniu, niemal w oryginalnym kształcie.

Zostały wspomnienia polskich emigrantów w Londynie, Manchesterze, Edynburgu. Zostało słowo „kresy”, które dla starszego pokolenia Polaków żyjących w Wielkiej Brytanii do dziś brzmi jak imię straconego miejsca.

I zostało pytanie, które nie ma dobrej odpowiedzi: co jest warte zwycięstwo, jeśli ci, którzy je wywalczyli, zostali zdradzeni przy stole, przy którym je planowano?

Zołnierzom należy sie szacunek, ale czy należy sie on liderom Polskiego panstwa z tamtego okresu?

Polscy zolnierze
Ofiara zolnierzy, slepota dowodztwa?

Read more

Local News