Sprawa, która zelektryzowała zarówno polską, jak i brytyjską opinię publiczną: Dominik Tarczyński, europoseł z ramienia PiS, nie wjechał do Wielkiej Brytanii. We wtorek wieczorem polityk opublikował w mediach społecznościowych zrzut ekranu wiadomości od brytyjskiego Home Office, z której wynikało, że jego autoryzacja ETA (Electronic Travel Authorisation, elektroniczne zezwolenie na wjazd, wymagane po Brexicie zamiast wizy) została cofnięta.
Oficjalny komunikat był lakoniczny i bezapelacyjny: „Twoja obecność w Wielkiej Brytanii nie jest uznana za korzystną dla dobra publicznego. Nie przysługuje Ci odwołanie od tej decyzji.”
Tarczyński planował wziąć udział w marszu „Unite the Kingdom”, organizowanym przez kontrowersyjnego brytyjskiego aktywistę prawicowego Tommy’ego Robinsona. Rok wcześniej europoseł przemawiał ze sceny podczas podobnego wydarzenia, prowadząc tłum w okrzyku „Send them back!” (Wyślij ich z powrotem).
Premier Starmer zapowiedział wcześniej, że Wielka Brytania zablokuje wjazd prawicowym agitatorom z zagranicy. Na liście zakazanych znaleźli się m.in. komentatorzy z USA, belgijski polityk Filip Dewinter i holenderska aktywistka Eva Vlaardingerbroek.
Była brytyjska premier Liz Truss nazwała decyzję „szokującą”
Sprawa otwiera szerszą debatę: jak daleko może sięgać prawo państwa do ograniczania wjazdu polityków innego kraju? I gdzie leży granica między ochroną porządku publicznego a ograniczaniem wolności słowa?
Warto też odnotować, że tydzień wcześniej inny polski polityk, Sławomir Mentzen z Konfederacji, został zatrzymany na lotnisku w Londynie, choć ostatecznie wpuszczono go do kraju.
